Znacie włoskie thrillery i horrory z lat 70-tych? Była to dekada wielkich sukcesów i dużej wolności artystycznej dla reżyserów kina grozy. Horrory ujawniły swoje psychodeliczne, drapieżne i nieprzewidywalne oblicze. Pełne seksu i mroku. Dalekie od hollywodzkiej sztampy. Często brutalne, dzikie i formalnia pokręcone. “Berberian sound studio” to swego rodzaju hołd dla tamtych czasów i tamtej stylistyki.

7606544_orig

Do włoskiego studia nagrań przybywa spokojny Anglik, dźwiękowiec w średnim wieku. Jest zagubiony i przede wszystkim chciałby odzyskać pieniądze za przelot. Jak dotąd pracował przy programach dla dzieci. Tymczasem okazuje się, że będzie musiał pracować przy horrorze. Jego włoscy współpracownicy są ekspansywni, głośni i mają trudne charaktery. Ale to i tak nic w porównaniu z poziomem agresji, który sączy się z nieudźwiękowionego filmu.

Akcja toczy się w zamknięciu. Studio jest tu jedyną rzeczywistością, zawieszoną poza dniem i nocą. „Berberian sound studio” opowiada o procesie twórczym. To kino o kinie, ale też o dźwiękach, jakie mu towarzyszą. To film o tym, jak się robi horror, ale też o tym, jaki wpływ wywiera groza na jej twórców. Wreszcie to jeden z tych obrazów, które dadzą Wam odpowiedź, jak szarpiąc rzodkiewkę, uzyskać dźwięk wyrywanych włosów oraz do czego najlepiej nadaje się kapusta. Lecz przede wszystkich „Berberian sound studio” jest opowieścią o dawnym świecie filmowym, w którym prym wiodły analogowe urządzenia, a proces produkcyjny wolny był od komputerów.

Mam wrażenie, że obraz najlepiej odbiorą „wtajemniczeni”. Ci, którzy widzieli kilka klasycznych włoskich horrorów sprzed dekad czy zetknęli się z analogowym sprzętem do produkcji muzyki – z całym jego estetycznym urokiem i niedzisiejszą magią. Jeśli mówi wam coś termin „Giallo” lub zespół Goblin, jeśli znużyła Was powtarzalność współczesnego kina i z tęsknotą spoglądacie na obrazy sprzed paru dekad – powinniście zobaczyć film Petera Stricklanda.

berberiansoundstudio3900x506

„Berberian Sound Studio” to stylistyczny popis. Nie ma tu przypadkowych ujęć. Kamera starannie cyzeluje detale. Magnetofony szpulowe, przewijanie taśmy, soczewka projektora rzucająca snop światła. Groźnie migająca czerwona lampka SILENCIO. Kobiece twarze o niedzisiejszej urodzie. Jest estetycznie, europejsko, artystycznie. Znajdziecie tu refleksy z filmów włoskich, ale i hiszpańskich, francuskich czy klasyków Polańskiego, Coppoli, Lyncha.

Postaci są wiarygodne psychologicznie, a ich relacje przekonujące. Podskórne napięcie historii bierze się w dużej mierze ze zderzenia dwóch odmiennych kultur, o odmiennym stosunku do ludzi, pracy, przemocy. Znakomite, pozbawione efekciarstwa aktorstwo Toby’ego Jonesa powoduje, że nie sposób nie przejąć się losem zagubionego dźwiękowca. Niepozorny mężczyzna jest pełen wyrazu i przekonująco wyobcowany.

Jest to opowieść o charakterze repetytywnym. Sceny, sytuacje, ujęcia powracają – coraz dziwniejsze, bardziej gęste i bardziej wykoślawione. I chociaż w historii nie pojawi się ani czarownica, ani zabójca w czarnych rękawiczkach, to groza zacznie zalewać studyjne sale. Z jednej strony ujawnienie filmowej kuchni da okazję do zaaranżowania scen zabawnych, ale na innym poziomie ani na chwilę nie uwolnimy się od duszącej atmosfery obłędu i paranoi.

Mamy tu kino eleganckie, klasycznie opowiedziane, choć z kilkoma ostrymi szarpnięciami.Film stanowi precyzyjne, spójne studium szaleństwa. Napięcie podnosi się stopniowo. I dopiero w pewnym momencie przestajemy oddzielać iluzję od rzeczywistości.

berberiansoundstudio

Reżyser Peter Strickland nie ukrywa, że odwołuje się do kina sprzed lat. On wręcz tym epatuje. Komputerowe efekty są tu nieobecne. Kamera porusza się spokojnie, w filmie nie pojawia się żaden popularny aktor. Mamy tu staranność w celebracji detali, twarzy, reakcji bohaterów i płynne przesuwanie akcentów z tego, co niepokojące, ku temu, co uderza stężoną grozą.

Dramatyczna historia dźwiękowca jest tak naprawdę tylko wehikułem przenoszącym nas w filmową przeszłość. Reżyser dokonuje na naszych ekranach krótkotrwałego wskrzeszenia “starej szkoły”. Mamy obecnie w kinie popularnym modę na remake’i  klasyków (“Coś”,”Koszmar z ulicy wiązów” ,”Tron” i wiele innych) lub na odwołania do lat 80-tych (“Niezniszczalni”,”Gość”,”Coś za mną chodzi”), ale Strickland wybrał inną dekadę i zupełnie inny styl opowiadania. Zabrał nas na fantastycznie sfilmowaną wycieczkę w mniej uczęszczane, trochę zapomniane rejony.“Berberian sound studio” nie jest może żadnym „kultowcem”, ale to film zrobiony z pomysłem i odpowiednio stylowy.

A Wy?

Ile dziesiątków rozbijanych z mlaśnięciem arbuzów zniesiecie bez uszczerbku dla swojej psychiki?