Trzymam w rękach delikatną bransoletkę, zrobioną z drobnych czarnych kamyczków nawleczonych na gumkę. „To onyks” – słyszę. Podnoszę wzrok na Dominikę i Kasię, które – uzbrojone w kawę – czekają na moje pytania. Przyglądam im się przez chwilę. Dominika Koss-Gajkowska ubrana jest w mini spódniczkę i dopasowany czarny sweter, a Kasia Uziębło ma na sobie dżinsy i luźny, długi do połowy uda, jasny szetland. Obie na rękach mają po kilka bransoletek. Z większych i mniejszych koralików w różnych kolorach. Skupiam teraz wzrok właśnie na nich. Jak to jest, że ludzie rzucają swój poukładany świat i zaczynają wszystko od nowa, stawiając na gumki, sznurki, druciki i kamienie?

2

Obie już miały dosyć pracy dla kogoś i czuły się wypalone – słyszę. Kasia jest po ekonomii i stosunkach międzynarodowych. Przez 18 lat pracowała w prestiżowej kancelarii prawniczej jako informatyk. Wcześniej, zaraz po maturze, była przez 2 lata stewardessą. Dominika skończyła z wyróżnieniem konserwację tkanin zabytkowych i im dłużej pracowała jako konserwator, tym bardziej utwierdzała się w przekonaniu, że chce robić coś innego. W pewnym momencie zajęła się tworzeniem haftowanych obrazów, które chciała sprzedawać przez architektów wnętrz, ale jakoś nic z tego nie wyszło.

Znają się kilkanaście lat, ale dopiero w zeszłym roku postanowiły zrobić wspólnie torebkę – prawdziwe dzieło sztuki. Na ten pomysł wpadła Kasia, kiedy zobaczyła obrazy Dominiki. Padło na torebkę w kształcie bombki, którą zaprojektowały, i pracowicie wyhaftowały jedwabnymi nićmi sprowadzonymi z Japonii, a także szlachetnymi i półszlachetnymi kamieniami. Torebki w rezultacie nie sprzedały, bo postanowiły zachować ją jako amulet, ale nagle się okazało, że z kamieni, które nie zostały wykorzystane, można zrobić bransoletki. I tak dla własnej rozrywki zaczęły tworzyć. Szybko się okazało, że inne dziewczyny też chcą mieć tę radosną twórczość na rękach. „Linia produkcyjna torebek na razie czeka na nasz powrót” – mówi Kasia. „Paradoksalnie na początku w ogóle nie zakładałyśmy, że będziemy robić biżuterię, bo byłyśmy przekonane, że rynek jest już do bólu nasycony” – dodaje Dominika.

6 3 4

Warsztat pracy znajduje się u Kasi. DOKA (skrót od imion Dominika i Kasia) działa już rok i przez ten czas przybyły profesjonalne narzędzia jubilerskie, które szczególnie upodobała sobie Kasia. Kasia to jakość, precyzja i dbałość o każdy szczegół. „Ja więcej kombinuję, zestawiam dziwnie i projektuję, a Kasia jest królową wykonania tego tak, żeby było pięknie i równiutko. Śmiech. Ona równa wszystko, co ja nabałaganię i wymyślę” – śmieje się Dominika. Nic więc dziwnego, że to Kasia zajmuje się sprawami administracyjnymi firmy. Kiedy odpowiada na pytania, zastanawia się i starannie dobiera słowa. Tłumaczy mi cierpliwie, w jaki sposób zawiązuje się gumkę, chowa supełek w koraliku, żeby nie był widoczny, i mocuje się go dodatkowo na klej. Do najdrobniejszych kamyczków potrzebna jest bardzo cienka gumka, która musi być jednocześnie wytrzymała. Prawie jej uwierzyłam, że jest taka spokojna i poukładana. Prawie, bo gubią ją oczy. To samo można powiedzieć o jej projektach. Bransoletki typu „KA” są najczęściej jednokolorowe, np. z czarnego onyksu, ale z tym czymś, co tak trudno nazwać, a co sprawia, że przedmiot ma duszę.  „Wpadam w takie fazy, że muszę mieć wszystko czarne. Albo wszystko szare. I koniec. Nie jestem w stanie pomyśleć o innym kolorze” – mówi.

33

Dominika to ciało lotne. Nie usiedzi w miejscu. Wiecznie gdzieś pędzi i bardzo to lubi. Na jej głowie jest zaopatrzenie, czyli hurtownie i wszelkie sprawy wymagające biegania po mieście. Projektuje spontanicznie na zasadzie „te dwa kamienie fajnie razem wyglądają”. Nie zastanawia się, jak je później połączyć i czy każdy kamień będzie precyzyjnie do siebie przylegał. Cząstka „DO” to spontaniczność, improwizacja i chaos. Bransoletki Dominiki są kolorowe, kamienie są przemieszane – ni stąd, ni zowąd, wśród niebieskich i złotych, zaplącze się jeden czerwony. A jak powstaje projekt? „Podchodzę do tego zadaniowo. Przychodzę do Kasi, siadam, patrzę na kamienie i robię. Metodą prób i błędów.” „To jest tak, że wpada ci w oko jakiś kamień i musisz go z czymś zestawić” – dopowiada Kasia. „Czasami się wydaje, że jakieś połączenie będzie super, a w praktyce okazuje się, że niekoniecznie” – wchodzi jej w słowo Dominika. „Dominika jest bardziej kolorowa i bardziej romantyczna. Ja jestem hardcorem czarno-minimalistycznym, a ona dzieckiem kwiatem” – śmieje się Kasia.

Chcę wiedzieć, jak wygląda ich dzień. Obie mają dzieci, więc najpierw rozwożą je do szkół, a potem najczęściej pracują u Kasi, ale też osobno, bo Kasia lubi pracować wieczorem, a Dominika woli ranki. Kiedy mają targi, pracują od rana do nocy. Kolekcje są zawsze dwie: letnia i zimowa. Same sprzedają swoją biżuterię, bo – jak zauważyły – taki system najlepiej się sprawdza. Robią tylko takie bransoletki, które są w zgodzie z nimi i z ich gustem. Nie podjęłyby się wykonania zamówienia, jeśli projekt by się im nie spodobał. „A jaki jest gust Polek?” – pytam. „Spostrzeżenie główne i potwierdzone w 100% jest takie, że kobiety w Polsce kochają kolor niebieski. I to cały przekrój społeczny”- odpowiada Dominika. Okazuje się, że pierwsza bransoletka z niebieskich hematytów, przeplatana złotymi przekładkami, powstała przez przypadek, bo akurat ten kamień posłużył do wykonania błękitnego ornamentu na torebce. I był to strzał w dziesiątkę. „Same nie wpadłybyśmy na to, żeby kupić niebieskie kulki do zrobienia bransoletki” – mówią dziewczyny.

5

„Kto właściwie nosi wasze bransoletki?” – pytam. „Kobiety, które lubią ładne rzeczy. Nie jest to biżuteria przywieziona z Chin, zrobiona prawie przemysłowo. Można kupić jedną bransoletkę, można kupić zestaw. Zestaw to trzy bransoletki. Zestawy sprawiają, że panie podczas sprzedaży bezpośredniej ośmielają się  i same zestawiają bransoletki. Przychodzą np. ze swoimi dwoma, trzema i dokupują” – słyszę. Dziewczyny mają już swoje stałe klientki, które szukają ich na targach. „Fajna jest ta informacja zwrotna, ta dobra energia, którą się dostaje od ludzi.” A co jest w tym takie bardzo wasze? „Stworzyłyśmy własny patent na układanie tych koraliczków. Chwycił, bo to było inne od tego, co już jest na rynku. I tego się trzymamy” – mówi Dominika.  „W naszych kolekcjach widać te dobre różnice między nami. Mamy różne gusty i to jest cudowne, bo się uzupełniamy, a do tego jesteśmy w stanie znaleźć ten złoty środek” – wtrąca Kasia. A gdyby trzeba było jednym zdaniem opisać biżuterię DOKI? Dominika: „Zakładasz i natychmiast o tym zapominasz, bo jest wygodna, ale masz i cię cieszy.” Kasia: „Jest bardzo duży wybór i każdy może wyrazić siebie.”

Drążę jeszcze temat samej pracy. Praca jest fajna, bo to nie jest tylko dłubanina. To jest przede wszystkim projektowanie ładnych przedmiotów, szukanie nowych kamieni i lepszych rozwiązań, robienie profesjonalnych zdjęć i kontakt z ludźmi. A pole do popisu jest duże, bo oprócz bransoletek robią też kolczyki i naszyjniki. No i jest mniej stresu niż kiedyś i nie ma pręgierza. Czy się kłócą? Musiały się siebie nauczyć. „Nauczyłam Kasię odpuszczać, a mnie Kasia nauczyła większej dbałości o szczegóły” – mówi Dominika. Podobno najwięcej spółek rozpada się w ciągu pierwszego roku właśnie z powodu problemów z dotarciem, a one po prostu postanowiły, że każda zajmie się tym, w czym czuje się najlepiej. I tak mają już plany na przyszłość. Właśnie zaczęły przygodę z jubilerstwem. Są w trakcie kursów, szkoleń i poszukiwań pracowni. Znowu patrzę na bransoletki. Jedna z nich, z szarego hematytu, nosi wszystko mówiącą nazwę „Game of Stones”. Kto wymyśla te nazwy? – zastanawiam się. Ta bardziej poukładana, czy ta bardziej chaotyczna? Niech będzie, że obie. W końcu nazwa zobowiązuje.