Niedziela, 5:30 rano. Wracam z imprezy, wchodzę do domu – wita mnie 12 łap i 3 ogony – po cichu, w końcu jeszcze świt – inni śpią. Zmieniam buty, kurtkę, zakładam każdemu szelki, smycze w dłoń i lecimy. Po powrocie mycie łap i śniadanie; dla każdego coś innego, prysznic i spać – za 4 godziny kolejny spacer – tym razem pensjonariusze są bardziej wymagający.

Dom tymczasowy

Pomiędzy psią domnością, a bezdomnością jest jeszcze schronisko lub dom tymczasowy. Schronisko może być dla psa okresem przejściowym lub dożywotnim więzieniem – co niestety często się dzieje, bo niechciane, zagubione lub interwencyjnie odebrane psiaki po spędzeniu dłuższego czasu w “bidulu” często stają się psami trudnymi – nie są właściwie socjalizowane i wymagają pracy, ponadto im starszy pies tym jego szanse na adopcje spadają. I tak coś co miało być ratunkiem dla psa staje się jego dożywotnią katorgą.

Ale są też domy tymczasowe – prowadzone pod skrzydłami różnych fundacji bądź prywatne. Idea jest prosta: kot lub pies, który trafia do takiego domu jest otoczony opieką, uczy się życia z ludźmi, czasami z innymi zwierzakami. Opiekun  poznaje zachowania swojego podopiecznego, osobowość – zawiązuje specyficzną więź, pracuje z nim; socjalizuje, uczy i szkoli ogromnie zwiększając szanse na adopcje swojego tymczasowicza.

Dom tymczasowy to rozwiązanie mające wiele zalet. Jeżeli nie jest to inicjatywa prywatna, koszt utrzymania psa przejmuje fundacja, która patronuje takiemu domowi więc wolontariusza nie ograniczają kwestie finansowe. W takich wypadkach fundacje zazwyczaj oferują też pełne wsparcie behawioralne i szkolenia, jeśli pies tego wymaga. Opiekun ze swojej strony inwestuje jedynie czas. Dla psa z kolei jest to ogromna szansa na znalezienie domu stałego, a przede wszystkim jest to zupełna odmiana jego losu.

IMG_20160403_135054

Praktyka

Pierwszy pies jaki pojawił się u mnie jako pensjonariusz domu tymczasowego nazywał się Szarik. Nie będąc wtedy jeszcze wolontariuszką w żadnej fundacji, nie mając doświadczenia w takich wypadkach za to dwa własne psy i potrzebę pomagania zwierzakom, zaczęłam prowadzić lokalną bazę zaginionych psów i kotów. Raz na jakiś czas robiłam podsumowania, który zwierzak się odnalazł, który nie – w ten sposób dowiedziałam się o psie, który od miesięcy żył na złomowisku. Decyzja była prosta: jedziemy z odsieczą! Trzy dni jeździłam na drugi koniec miasta z workami wypchanymi jedzeniem, przemarzałam, zarywałam obowiązki, dałam się ugryźć, ale warto było. Pomogli mi ludzie, którzy dokarmiali psa i weterynarz, który pomógł przemycić psu środek uspakajający.

Szarik okazał się być cudownym psem, stan jego zdrowia był zaskakująco dobry jak na miesiące spędzone na złomowisku, za to jego przeszłość odcisnęła na nim ogromne piętno. Ten młody, bo około 1,5 roczny pies bał się wychodzić z domu. Gdy już raz trafił pod mój dach robił wszystko by spod niego nie wychodzić. Chował się, uciekał, warczał, a nawet gryzł. Gdy już udało się go wyciągnąć na spacer najdrobniejsza stresowa sytuacja powodowała, że pies wiotczał i padał na ziemie nieruchomy – nie mdlał, to był jego sposób na to by dać mu spokój, by nie mierzyć się z lękami i by najszybciej jak się da zawrócić.

Szarik jednak nie trafił do byle kogo. Może i byliśmy szaleni i w gorącej wodzie kąpani, biorąc do domu psa z niewiadomokąd, ale jak już go wzięliśmy to z całą odpowiedzialnością. Po tygodniu różnych prób ze smakołykami, czekaniem, głaskaniem, proszeniem, ciągnięciem, a nawet wychodzeniem z psem z prowizorycznym wózeczkiem okazało się, że wystarczy podnieść mu do góry dwie tylne łapy i jak w zabawie w taczkę zrobić z nim parę kroków. Nagle blokada pękała i mogliśmy kontynuować spacer. Po kolejnym tygodniu sama byłam w stanie wyprowadzać Szarika i moje dwa psy na 5-6 kilometrowe spacery bez żadnych incydentów.

psy_MG_2410 Masza_Poppers_05 Masza_Poppers_04

Pierwsze dni

Pierwsze dni są zawsze trudne, niezależnie od tego, czy pies jest na chwilę czy na stałe. Nie znamy się jeszcze, zwierze nie zna otoczenia. Zdarzają się wpadki – mój drugi pies przez pierwsze dni sikał pod siebie, gdy tylko usłyszał głośniejszy hałas lub krzyk. Moja obecna rezydentka, 15-letnia Tereska, przez miesiąc załatwiała się krwią i wymiotowała zanim jej stan zdrowia nie został ustabilizowany – seniorka ma nowotwór na przewodzie pokarmowym, a całe życie spędziła na ulicy bez właściwej opieki weterynaryjnej. Ale hektolitry domestosu i zarwane noce zwracają się po stokroć w psiej wdzięczności i miłości.

Moment, kiedy pies zaczyna rozumieć, że nowa sytuacja, nowe miejsce to jego sytuacja i jego miejsce, że miska jest pełna, gdy on jest głodny, a leżanka jest miękka i ciepła gdy jest zmęczony, na dodatek jest ktoś kto pogłaszcze i przytuli, jest nie do zastąpienia. Wspomniana wcześniej Tereska przyszła do mnie w fatalnym stanie; zarobaczona, podtruta wysokim stężeniem mocznika we krwi, z nowotworem, po latach tułaczki u boku bezdomnego opiekuna, który zmarł parę miesięcy temu – po miesiącu intensywnych badań i leczenia, gdy jej stan się ustabilizował, gdy nabrała pewności, że nie jestem przystankiem w jej życiu (Tereska zostanie u mnie już do końca) pokazała swoją prawdziwą naturę. Gdy ma potrzebę przychodzi się przytulić lub położyć w nogach łóżka, gdy jest głodna, choć ledwo chodzi po schodach, wskoczy na parapet jeśli zlokalizuje tam coś smacznego. Wpatrzona we mnie wie, że tu jest jej miejsce, jej dom, jej nowa rodzina.

Co ja z tego mam? Każdego dnia, w tym w weekendy i święta, pobudkę o 6:30, regularne, częste i długotrwałe kontrole u weterynarza, przygotowywanie specjalnych posiłków z mnóstwem dodatków specjalnie na potrzeby Tereski, spacery w żółwim tempie ze starszą damą, bonusowe sprzątanie domu, czasem w środku nocy, gdy stan Teresy się pogarsza i ogromną radość z tego, że ta kupka nieszczęścia jaka błąkała się po ulicy, dziś jest spokojnym psem, który godnie dożyje końca i że mam w tym swój udział.

No i trochę śmiechu – Tereska jest przygłucha i zdarza jej się nie zauważyć, że wychodzę do łazienki, gdy orientuje się, że mnie nie ma w pokoju biegnie pod drzwi wejściowe i szczeka pod nimi zaciekle – nic nie pomaga nawoływanie z toalety – trzeba iść i dotknąć Tereski, żeby się zorientowała, że jej cichaczem nie opuściłam.

Rozstanie

Tereska zostanie u mnie już do końca swych dni, ale jak to jest uratować psa, pomóc mu dojść do siebie, nauczyć żyć między ludźmi i oddać? To zawsze jest trudne. Najtrudniej jest chyba tym, który nie mają własnego zwierzaka, a jedynie tymczasowicza, bo jak to na jedynaku, zawsze skupia się całą uwagę i miłość. Ja mam swoje dwa psy (teraz trzy) i pożegnanie z tymczasowiczem zawsze przyjmuje z dziwną mieszanką smutku i radości, ulgi i tęsknoty. Z jednej strony tracę psiaka, do którego zdążyłam się już przywiązać, któremu pomogłam przejść przez najtrudniejszy okres adaptacji, z drugiej strony wiem, że teraz ma swój nowy kochający dom, gdzie będzie pępkiem świata, ukochanym kanapowcem, a ja znów mam możliwość by pomóc kolejnemu psu. No, a moją tęsknotę zawsze osłodzą moje dwa prywatne łobuzy.

francuskie pieski 05

Powołanie

Jestem daleka od namawiania każdej napotkanej osoby by prowadziła dom tymczasowy. To piękna inicjatywa, ale wymaga od opiekuna wielu wyrzeczeń i poświęceń. Bywa ciężej, bywa łatwiej – niektóre psy okazują się być chore i długie godziny spędza się w lecznicy, niektóre mają problemy behawioralne i wymagają specjalnej uwagi i wielu godzin ćwiczeń, są też psiaki bezproblemowe, ale decydując się na prowadzenie domu tymczasowego polecam najpierw rozważyć czy mamy siłę i energię sprostać trudnym i potrzebującym, a dopiero potem liczyć, że może przyjdzie do nas bezproblemowy milusiński.

Taka gotowość nie oznacza jednak 24h opieki ani psiej izby przyjęć. Często ludzie, którzy chcą wziąć psa mówią “nie mogę teraz opiekować się psem, wychodzę do pracy na 8h, z dojazdem to prawie 10 – a spacery, a opieka?” natomiast na emeryturze mówią “jestem za stary, nie sprostam wymaganiom psa, który potrzebuje ruchu”. Mój dobry przyjaciel zwykle mawia “zmień sposób w jaki postrzegasz sytuację, a ona się zmieni”.

Pies, który został interwencyjnie odebrany, lub taki wzięty ze schroniska na 99% nie ma zapewnionych regularnych spacerów, na 100% nie ma opiekuna, na którego będzie czekał i który obdarzy go miłością i nie wchodząc w statystyki… z regularnymi posiłkami też różnie to bywa, nie mówiąc o komforcie życia. Więc dla psa, który nie ma nic, żyje w boksie z paroma innymi psami, załatwia się w miejscu, w którym mieszka, walczy o miskę, śpi na betonie i wychodzi na spacer raz w tygodniu, czekanie na opiekuna 10h w miękkiej leżance, z pełną miską i zabawkami będzie błogostanem.

A co z emeryturą? No cóż. Psy też się starzeją i niestety czasami z tego powodu bywają porzucane – każdy, niezależnie czy młody czy stary powinien dobierać psa pod swoje własne możliwości – maratończyk nie powinien brać mopsa jeśli chce biegać z psem, a pan chodzący o kulach szczeniaka border collie jeśli nie chce wymienić kul na wózek.

Mawia się, że czas to pieniądz, ale czasem czas to nowe życie, które możemy ofiarować drugiej istocie. Jeśli ktoś z Was jest gotowy na taką przygodę, na to by ofiarować swoje serce i energię zwierzęciu, które zostało pozostawione bez nadziei, gorąco Was zachęcam – nie bójcie się działać, wasza decyzja zmienia cały świat istoty, której pomożecie!

Dla wszystkich oburzonych moim azymutem na psy Kociarzy – na koty jestem niesamowicie silnie uczulona i nie czuję się kompetentna by opowiadać o kocich domach tymczasowych z braku doświadczenia.

psy_MG_2397