Od dziecka nie cierpiałam myć zębów. Czynność ta wydawała mi się tak strasznie nużąca, że aż niemożliwa do wykonania. Będąc w wieku szkolnym, w celu przechytrzenia tej niechęci, zmierzyłam pewnego razu czas szybkiego mruczenia pod nosem „Ody do radości” w stosunku do zalecanego wówczas czasu mycia zębów (a były to z tego co pamiętam 3 powtórzenia tego utworu). I tak potem konsekwentnie przez jakiś czas myłam zęby w ogromnym zacięciu i skupieniu, bucząc jednoczenie pod nosem hymn Europy, bulgocząc energetycznie i plując pianą z ust na boki. To był jedyny okres w moim życiu, kiedy regularnie i efektywnie dbałam o przyszłość mojego uzębienia.

Szczoteczka do zębów to zresztą przedmiot bogaty w znaczenia. Dzielenie z kimś szczoteczki jako objaw intymności i zaufania. Posiadanie u kogoś swojej własnej szczoteczki – symbol stałej relacji. Takie osobiste minimum podróżnicze, zaraz po majtkach. Dwa przedmioty, które jak na dłoni pokazują nasze kulturowe priorytety higieniczne. W nomadycznym stylu życia są obowiązkowym elementem bagażu. Minimum stabilności, zielony bezpieczny kawałek plastiku w kieszeni, kiedy zmieniają się wokół nas ludzie i krajobrazy.

krem

Kremy. Trudna sprawa. Mam prawie trzydzieści lat i praktycznie nie używam, mimo pełnego dezaprobaty marszczenia brwi i kiwania palcem armii dermatologów, kosmetyczek, koleżanek, babci i pań z reklam. Tutaj też przychodzi mi na myśl pierwsze wspomnienie związane z kremem, kiedy to mając lat raczej niewiele, nałożyłam w ramach pielęgnacji na twarz kilkucentymetrową warstwę Nivea, wykorzystując całą zawartość metalowego pudełka. Wraz z kremem zużyłam chyba równocześnie cały swój entuzjazm do tego zabiegu kosmetycznego, bo kremów potem przez lata raczej unikałam, a jeśli jednak się skusiłam, od razu robiły mi się na twarzy jakieś straszne rzeczy. Teraz powoli odkrywam, że pielęgnacja skóry ma jednak coś wspólnego ze zdrowiem. Pierwszy krem nawilżający używam od eee… tygodnia.

 

Nożyczki do paznokci? Kolejny element wyposażenia łazienki, który jest dla mnie niezrozumiały. Jak obciąć lewą dłonią paznokcie prawej? Niemożliwe. Wolę obcinaczki. Obcinaczka. Fajne słowo.

Szczotkowanie włosów. Czesanie. Kojarzy mi się z filmami, gdzie bohaterka rozmyśla rozczesując przy tym swoje długie, proste i zawsze już uprzednio rozczesane włosy, bądź rozmawia z mężczyzną odbijającym się w lustrze. Tradycyjnych szczotek też raczej nie używam. Włosy przeczesuje skrupulatnie palcami po kąpieli, palcami też zgniatam w bardziej lub mniej estetyczny chaos. Dziesięciopalczasty, żywy grzebień.

Szczotka jako obiekt osobisty. Łazienka jako sfera prywatności. W nielegalnej chińskiej restauracji, znajdującej się w prywatnym mieszkaniu rodziny imigrantów, osobistość przedmiotów i intymność, w którą wkroczyłam uderzyły mnie dopiero w łazience. Kolorowe dziecięce gumki do włosów na szafce. Czyjeś włosy na grzebieniu.

To co ja właściwie w tej łazience lubię? Wobec przedstawionej powyżej pewnej nieufności do cywilizowanych przyrządów łazienkowych wyobraziłam sobie właśnie samą siebie jako skołtunionego potwora bez zębów. Chyba jest jednak lepiej. Lubię olejki do kąpieli. Lubię szorstkie ręczniki i miękkie szlafroki. Lubię ochlapać rano twarz lodowatą wodą z kranu. Wyrywać włoski pęsetką. Szczotki i gąbki do kąpieli. Wsuwki. Akt namydlania się. Olej kokosowy. Wyciskanie resztek szamponu z butelki. Cielesność. Obecność.

 

TEKST: Berenika Różańska

ILUSTRACJE: Ania Jamróz