Festiwal Wilderness

Cztery dni sierpnia.

Czwartek, siódma nad ranem. Strajk londyńskiego metra, drukowanie biletów w… pralni. Dotarcie do stacji, skąd mamy autokar wiozący nas na festiwal, zabiera nam 3 godziny.

Jedziemy, pełne ekscytacji i radości, że to już. Festiwal Wilderness, nasze wyczekane muzyczne wakacje.

Jeden z najlepszych festiwali muzycznych Wielkiej Brytanii, w pięknej lokalizacji: Cornbury Park, wielkim rezerwacie na obrzeżach Oxfordshire. Cztery dni słońca i line-up, który zapiera dech.

Ale Wilderness Festival to nie tylko muzyka od dziewiątej rano do późnych godzin nocnych.

To również teatr, taniec, kuchnia, joga, wykłady, mecze krykieta, kąpiele w rzece nad ranem i przepyszna kawa serwowana z volksvagena transportera. To przeróżni ludzie, młodsi i starsi, przebrani w różnorodne kostiumy, lub prawie w ogóle nie odziani. Szaleństwo, wolność i radość. Szkoda, że ludzie na co dzień nie cieszą się życiem w taki sposób.

asdasd Festiwal WildernessW trakcie festiwalu udało nam sie zobaczyć około piętnastu różnych koncertów. I niestety nie sposób opisać ich wszystkich, ale przynajmniej podzielę się z wami moim ogólnym wrażeniem i kilkoma zdaniami na temat tych dla mnie najważniejszych.

Jednym z pierwszych koncertów był występ Aurory, młodziutkiej, ale bardzo obiecującej norweskiej piosenkarki. Jej delikatny głos, w połączeniu z subtelną uroda i bardzo powściągliwym ruchem scenicznym wprawiają słuchacza w stan relaksacyjnego skupienia. Muzyka minimalistyczna, w której główną rolę gra wielowarstwowość i wielościeżkowość wokalu prowadzącego za sobą oszczędne instrumentarium. Nie sposób nie zauważyć podobieństwa pomiędzy Aurorą, a Ane Brun. Choć obie artystki dzieli 20 lat muzycznego doświadczenia, łączy je subtelność głosów, prostota muzyczna i tematyka tekstów. Z niecierpliwością oczekuję na jej debiutancki album ‚Winter Bird’, który ukaże się w lutym nadchodzącego roku.

Kolejny artysta to Nick Mulvey, którego miałam szansę usłyszeć kilka miesięcy wcześniej na Bushstock Festival podczas secret show w sali mieszczącej nie więcej niż trzydzieści osób, w towarzystwie The Staves i Justina Verona z Bon Iver. Ten koncert miał zupełnie inny charakter. ‚Fever to the form’ w pełnej instrumentalnej oprawie, na wielkiej scenie, brzmi niczym hymn, a jego przekaz jest potężny, a to dowodzi potencjału tego coraz to bardziej popularnego londyńczyka.

Nick MulveyRoisin Murphy i jej wykwintny głos, równie wykwintny, jak jej stroje. Nigdy nie widziałam, żeby ktoś przebierał się sześć razy w trakcie czterdziestopięciominutowego seta! I wszystko bez krzty chaosu. Różowe futro, wyszukane nakrycia głowy, bombkowe spodnie zamienione w następnym utworze na małą czarną. I muzyka dokładnie tak samo zróżnicowana. Nie wiadomo, czego sie spodziewać i nie sposób się znudzić. Szczególnie, jeśli doświadcza się tego na żywo. Pamiętam, kiedy pierwszy raz zetknęłam się z tą artystką. Było to mniej więcej dziesięć lat temu, kiedy jako nastolatka usłyszałam ‚Sing it back’ Moloko, z którym wówczas pracowała Roisin, jeden z moich ulubionych zespołów, choć tak dalece odbiega od akustycznego brzmienia, które jest mi najbliższe. Solowa kariera tej artystki kultywuje prekursorskie tradycje Moloko, którzy, podobnie jak Portishead czy Massive Attack, są wyznacznikami gatunku trip, elektro-popu, z elementami jazzu. Estetycznie jeszcze więcej w jej muzyce elektroniki, ale także więcej śpiewu niż melorecytacji. Roisin Murphy ciągle eksperymentuje, łącząc odkrycia wymienionego gatunku z muzyką dance i samplami życia codziennego, pretendując do tytułu najlepszej artystki awangardowej współczesnej muzyki rozrywkowej.

Roisin MurphyNils Frahm to niemiecki kompozytor i pianista mający zdolność poskromienia kilku instrumentów naraz. Choć na scenie pojawił się sam, odnosiło się wrażenie, że jest w kilku miejscach na raz. Melodia nakładającą się na melodię, różnorodność brzmienia, harmonii, a do tego drum machine zarządzany przez samego kompozytora. Klasyka w bardzo współczesnej oprawie.

dwdwdw w wdwd Nick FrahmSobotnią energię wyzwolił w nas wiecznie młody George Clinton wraz z zespołem Funcadelic. Blisko trzydzieści osób na scenie, potężne głosy, którym nagłośnienie wydaje się zbędne. Jak to się dzieje, że przez ponad czterdzieści lat działalności zespołu nie stracili oni tej magicznej energii? To chyba możliwe jest tylko w przypadku tak wielkiej zbiorowości i muzyki funk.

Niezapomnianym doświadczeniem był występ Bjork. Był to jej jedyny koncert w tym roku, co pozwalało jeszcze bardziej poczuć wyjątkowość tego muzycznego doświadczenia. Bez wątpienia jest to artystka szalona. Ubrana w czerwoną maskę, wyraźnie stawiała granice pomiędzy nią samą, a publicznością. Niedostępna, ale bliska, powściągliwa w słowie, ale wylewna w ruchu. I wrażliwość połączona z nieprzeciętną techniką wokalną i rozległą skalą. Kiedy słucha się i patrzy na Bjork, odnosi się wrażenie, że nie jest ona człowiekiem, ale rodzajem artystycznej zjawy-hybrydy, zmieniającej kształty i kolory. Koncert ten był zdecydowanie najbardziej widowiskowym wydarzeniem całego festiwalu. Była sekcja smyczkowa, sztuczne ognie, wizualizacje. Bjork potrafi oddziaływać na wszystkie zmysły. Ukojeniem ogromnych emocji był końcowy utwór zaaranżowany jedynie na pięknie brzmiącym instrumencie hang.

Ostatnim występem był koncert mistrza Ben Howard’a z materiałem z ostatniego albumu ‚I forgot where we were.’ Blisko cztery lata minęły od wydania pierwszego albumu, oczekiwania słuchaczy były adekwatne do czasu, który upłynął. Howard jest dowodem na to, że dobra muzyka to ciężka praca, że artysta dojrzały to artysta ambitny. Nowa płyta jest arcydziełem. Wszystkie aranżacje są perfekcyjnie zbalansowane, niebanalne i precyzyjne. Dużo w tej muzyce mroku, mistyki i nieprzewidywalności. Jeden z najlepszych albumów ubiegłego roku…na którym śpiewa się nie tylko o miłości.

Ben Howard

DSC_0017Wilderness Festival ma w sobie magię. Wszystko to za sprawą artystycznego eklektyzmu: każdy koncert jest wydarzeniem, a każdy dzień festiwalu jest inny. Zliczyłam blisko dziesięć różnych scen, począwszy od tej głównej, a skończywszy na uroczych, maleńkich drewnianych podestach gromadzących niekiedy całe zespoły jak np. The Turbans, naszych londyńskich sąsiadów tworzących otwarty kolektyw muzyczny spajający nurty muzyki bałkańskiej, tureckiej, greckiej i pewnie jeszcze kilku innych kultur, w zależności od tego, kto dołącza do zespołu.

dddd

sd Wilderness FestivalByło dużo jazzu, folku, funku, popu, indie, a nawet burleska w wykonaniu energicznej Camille O’Sullivan, która jak nikt inny potrafi śpiewać piosenki Nicka Cave’a (oczywiście poza nim samym).

Kto zrobił na mnie największe wrażenie?

Wszyscy.