Kolektyw artystyczny. Zbieranina twórców, czyli banda najgorsza z możliwych. Zdolnych, kreatywnych, burzących status quo ludzi. Ekscentryków. Monotematycznych dziwaków, którzy poświęcają się sztuce.

Malarzy, którzy biorą różnej wielkości patyki zakończone włosiem do ręki, i plamią białe przestrzenie. Wysmarowywują długopisem karykatury ludzkości. Maczają palce w farbach i tworzą światy.

DSC_1293 DSC_1292

Muzyków, co grają na sznurkach, albo rytmicznie walą w naciągniętą skórę bębenków. Kołyszą do snu ludzkość i budzą narody. Którym świszczy w głowie wiatr. Którzy wspólnie nagrywają pieśni o ludzkości.

Albo pisarzy, poetów wszelakiej maści. Co żonglują słowem i żałują ludzkości. Nakreślają człowieka,  robiąc przy tym kleksy na cienkich kartkach papieru. Piszą manifesty i bazgrają po listach zakupów.

Kolektyw artystyczny tych, co nie sprzedają swoich dzieł za grube tysiące, których obrazy nie wiszą w galeriach i ludzie, patrząc na nie,  mówią: „ja też tak potrafię”. Ich stylu nikt nie podrabia. Półki księgarni nie uginają się od ich książek, radia nie wygrywają ich hitu co godzinę. Forma, co istnieje dzięki obecności drugiego człowieka. W pewnej formalności instytucji, nawet, jeśli treści przybiera bardzo nieformalne.

DSC_1278 DSC_1277 ddd

Ich członków nie interesuje sztuka ekskluzywna, dla tych, co mówią, że rozumieją i kiwają głowami jak chińskie pieski na szybach tirów. Dla tych w światkach, kręgach i w portfelach. Kolektyw artystyczny, który przybiera formę sztuki społecznej. Sztuki inkluzywnej. Dla ludzi, nie dla pieniędzy. W dzielnicy, nie w telewizji.

Zrzesza mistrzów i hobbystów, nie sprawdza dyplomów uczelni wyższych. Otwiera się na lokalną społeczność poprzez warsztaty, wspólne muzykowanie. Działa jak klub otwarty, do którego wchodzi się z ulicy. W Budapeszcie na taki trafiłam.

Zabytkowa kamienica, myślałam, że to galeria. Pierwszy rzucił mi się w oczy czerwony fotel. Na nim ukulele, pewnie czekało na muzyka. Szybkim spojrzeniem w głąb wypatrzyłam stosy obrazów, piętrzących się pod ścianami piwnicznymi. Nie z ręki jednej osoby.

dddd DSC_1256 DSC_1255 DSC_1254

Czynsz niski, bo to miejsce niekomercyjne. Inaczej by nie dali rady. Nagrali płytę, muzykować zbierają się regularnie. Painter’s Palace, nazwa ich kolektywu, brzmi dumnie. Głównie zrzeszają malarzy i rysowników, co tydzień udzielają lekcji, na które może przyjść każdy. A jak nie na lekcje, to na piwo. Piwnica lepsza niż bar.

Zaczepia mnie jeden z założycieli. Pochodzi z Indii, ma zawód informatyka w kieszeni. Co robi w Budapeszcie? Przyjechał za pracą, która szybko przestała go zaspokajać. Malowanie za to, zaczęło uzależniać coraz bardziej. Informatykiem już nie jest.

I tak stał się częścią budapeskiego kolektywu; miejsca, do którego weszłam i poczułam, że sama bym mogła złapać za pędzel i malować. Siedzieć wieczorami przy węgierskim winie i słuchać muzyki. Gdzie codziennie zbierają się ludzie, żeby zabić samotność twórczą. Nie pisać do szuflady, ale tworzyć kolektywnie. Dzielić się emocjami, inspirować wzajemnie, przeżywać piękno tego, co potrafimy stworzyć.

DSC_1301 DSC_1303 DSC_1298 DSC_1291 dddddddd