Czasem mam wrażenie, że spróbowałam już tylu połączeń smaków, że ciężko będzie mnie czymkolwiek zadziwić. Przerobiłam szparagi na wszystkie możliwe sposoby (a przecież są osoby, które nigdy ich nie próbowały!); wiem, że rabarbar świetnie nadaje się do dań wytrawnych (chociaż królują zwykle ciasta z kwaśnymi łodygami), a focaccię piekłam z najróżniejszymi dodatkami i o różnej grubości ciasta. Łączyłam arbuza z tymiankiem cytrynowym, kokos z sosem sojowym, wiśnie z rozmarynem, a cebule kisiłam z kurkumą. Choć mogłoby się wydawać, że nic nie jest w stanie mnie zadziwić, to od czasu do czasu zdarza mi się zjeść po raz pierwszy coś, co przewraca moje myślenie o jedzeniu o 180 stopni.

 

Pierwsze wspomnienie: pierogi ruskie. Nie byle jakie, bo robione przez ciotkę Marylę (która tak naprawdę nazywa się Maria, ale wszyscy mówią na nią Maryla, bo wygląda jak połączenie Rodowicz z Villas). Za nic w świecie nie chciałam spróbować sera z ziemniakiem, bo nijak nie pasowało mi do siebie to połączenie. Kiedy jednak ugryzłam pierwszy kęs, zrobiło mi się smutno, że moja porcja składała się jedynie z trzech pierogów. Musiałam poprosić o dokładkę, a nawet dwie.

 1a

Drugie wspomnienie: tort cytrynowy pani Ireny. Pani Irenka to mama mojego szwagra, wtedy jeszcze chłopaka mojej siostry. Jak na prawdziwą gospodynię przystało, to ona przygotowywała kilka ciast na każdą niedzielę, a na specjalne okazje swój popisowy tort cytrynowy z ananasem. Poprosiłam ją o przygotowanie tego specjału na moje czternaste urodziny, bo moje wcześniejsze wspomnienia z ciastem urodzinowym były zwykle związane z poczuciem spektakularnej porażki. Mimo pięknych księżniczek z żelu, tony kwiatków z cukru i ozdobnych wykończeń, każdy tort ze sklepu smakował jak mdła masa z truskawkopodobnym kremem. Pani Irena tak sprawnie odczarowała to wrażenie (przy okazji stając się rodzinną legendą), że do dzisiaj, kiedy rozmawiam z siostrą o tortach, słyszę od niej: „Na pewno chcesz tak zrobić? Moja teściowa by tego nie użyła”.

 

Trzecie wspomnienie: naleśniki z hummusem, tempehem i pieczoną papryką. Jadłam je prawie trzy lata temu w Poznaniu, w wegańskim bistro. Pojechałam tam po roślinnego pączka, bo akurat był tłusty czwartek, ale niestety, przybyłam za późno. Żeby nie spisać wyjazdu na straty, zamówiłam naleśnika, na którego czekałam prawie godzinę. Byłam bardzo podenerwowana tak długim czasem realizacji zamówienia, ale kiedy miałam już w ustach pierwszy kawałek, zapomniałam o całej złości. Tego smaku nie da się podrobić ani zapomnieć.

2b 3b 4a 

Czwarte wspomnienie: natto. Jest to wspomnienie bardzo świeże, sprzed niecałego miesiąca. W pobliskim sklepie z wegańską żywnością dostałam paczuszkę fermentowanej soi, przysmaku prosto z Japonii. Natto wyglądało jak królicze bobki wymieszane ze smarkami trolla. Brzmi obrzydliwie i tak samo smakuje – nigdy w życiu nie próbowałam czegoś tak specyficznego. Natto jest gorzkie, trochę jak sfermentowane mocne piwo, a jednocześnie ciągnące się i miękkie. Zdecydowanie nie jest to mój ulubiony smak, ale na pewno zapamiętam go na długo.

 

Piąte wspomnienie: jadalne kwiaty. Odkrycie miesiąca. Początkowo nieufnie do nich podchodziłam i wykorzystałam je jedynie do zrobienia paru kulinarnych zdjęć. Potem spróbowałam samych płatków – nasturcje okazały się odrobinę słodkie i bardzo smaczne. Łodyżki z kolei przypominają ostrą rzeżuchę. Taki miks wiosennych smaków nie mógł nie wylądować w sałatce. Z odrobiną czosnku niedźwiedziego, endywią i dressingiem z syropu z agawy, kwiaty nasturcji stworzyły idealne drugie śniadanie.

5a 

Zainspirowana kwiatowymi smakami, sięgnęłam po wodę różaną, pastę sezamową i upiekłam mini babeczki. Wyglądają niepozornie i absolutnie niewiosennie, jednak ich smak od razu przywodzi na myśl pikniki w rozgrzanym od majowego słońca parku. Wystarczyło przygotować jeszcze rabarbarową lemoniadę, upiec warzywa i tadam! Choć nie tak spektakularne jak pierwsze próbowanie pierogów ciotki Maryli, wspomnienie szóste było gotowe.