summer-darling-thatsdarling-large

Nie maluję się.

Nie z przekonania, samo tak wyszło. Kiedy jako nastolatka zaczęłam się interesować makijażem, mama powiedziała mi, żebym odłożyła to na później. Kiedy podrosłam, brak zdolności plastycznych zaczął budzić strach, że prędzej zrobię z siebie klauna, niż uwodzicielską nimfę. Mniej więcej tak jak tutaj.

Nie maluję się, bo rano wolę pospać te pare minut dłużej. Szkoda mi pieniędzy na kosmetyki. Podejrzewam, że codzienne nakładanie makijażu na oczy i skórę, może nie być dla mnie zbyt zdrowe.

Jak już jest jakaś okazja, albo impreza, albo rozmowa o pracę – to wtedy się naklnę, namęczę i pomaluję. Wcale nie dodaje mi to pewności siebie, jak niektórym kobietom – zawsze zapomnę, przetrę oczy, rozmazując tusz i kreskę po buzi. Kiedy nałożę błyszczyk, włosy mi się do tego przyklejają i zostawiają ślady na okularach. A wtedy to już naprawdę tragedia.

nie maluje sie

Sprawa wydaje się banalna – ostatecznie połowa ludności (ta męska) też się nie maluje.

A jednak, kwestia malować się, czy nie, zwykle prędzej czy później zaczyna rozbijajać się o słowo-postrach: feminizm. Nie chodzi tylko o to, że w naszej kulturze to prawie wyłącznie domena kobiet. Nie ma co się czarować – makijaż nieodłącznie wiąże się z seksem. Te czerwone usta i zaróżowione policzki podkreślają zmiany, które naturalnie pojawiają się kiedy jesteśmy podniecone. Gładka cera jest wyznacznikiem ogólnego zdrowia (spoiler alert: będą zdrowe dzieci!). Trzepoczące rzęsy i podkreślone oczy przykują uwagę potencjalnych partnerów.

Z tego powodu, niektóre kobiety uznają makijaż jako symbol kobiecej porażki – naszego redukowania się do obiektu pożądania.

Inny nurt feministek uznaje z kolei makijaż jako formę ekspresji. Jestem kobietą, i to znaczy, że jestem panią-władcą własnego ciała. Nie robię tego dla facetów, tylko dla siebie – bo lubię, bo sprawia mi to przyjemność, bo to pewien rytuał, kiedy mam czas tylko dla siebie. I to jest też fajne – podziwiam ich umiejętności wizażowych metamorfoz.

 

Są jednak tacy, którzy uważają, że kobiecie po prostu nie wypada wyjść bez makijażu:

Tomasz 28 brunet 2011.11.22 [14:17]
oczywiście że kobieta powinna się malować, oczywiście bez przesady. Wystarczy delikatny makijaż. Kobieta umalowana, ładnie uczesana z elegancko pomalowanymi paznokciami wygląda na zadbaną i przede wszystkim wygląda sexi.
Nieumalowane kobiety kojarzą mi się z typem chłopczyc a tego nie cierpię!!!!
Aha i tylko jedna na milion wygląda dobrze bez makijażu, ale nigdy pięknie.
I tak, jeśli się nie maluje wygląda na zaniedbaną bo po prostu nie chce jej się troszkę postarać żeby poprawić swój wygląd. Tyle w temacie.

http://f.kafeteria.pl/temat/f2/dlaczego-niektorzy-uwazaja-ze-kobieta-ktora-sie-nie-maluje-jest-niezadbana-p_5029234

Tomasz 28 brunet najwyraźniej nie ma wątpliwości, że kobietą jest się po to, aby się jemu podobać. Ma upiększać otoczenie, ale nie rzucać się za bardzo w oczy. Czyli być paprotką.

I to właśnie z powodu takich komentarzy, banalna decyzja, podjęta z wygody, staje się polityczna.

Hasło „Osobiste jest polityczne” jest podstawą współczesnego feminizmu. Zdobyło popularność w latach 70-tych XX wieku, dzięki artykułowi Carol Hanisch zatytułowanym właśnie „The Personal is Political” – choć autorka zastrzega, że to nie ona nadała mu ten tytuł. We wprowadzeniu do wydania z 2006 roku, wyjaśnia, że tytuł nadały mu redaktorki książki, w której ukazał się artykuł, a sama teoria zawarta w artykule wywiodła się z grupy kobiet należących do Ruchu Wyzwolenia Kobiet.

Artykuł Hanisch był pierwotnie napisany jako sprzeciw wobec wewnętrznym głosom krytykującym spotkania feministek, podczas których dyskutowane były sprawy osobiste. Tak zwane grupy „zwiększania świadomości” (consciousness-raising) dawały możliwość uczestniczkom odpowiedzieć na osobiste pytania, np. jak zmienia się wasz związek jeżeli mężczyzna zarabia więcej od ciebie? A jeśli mniej?. Pod koniec spotkania, wszystkie wypowiedzi były podsumowywane i uogólnianie aby uzyskać obraz wspólnych doświadczeń.

Według krytyków spotkania te przypominały bardziej terapię osobistą niż spotkania polityczne. Według nich sprawy dotyczące opieki nad dziećmi, obowiązków domowych, relacji damsko-męskich, oraz sprawy związane z ciałem kobiety – takie jak seks, wygląd, aborcja – powinny być kwestiami indywidualnymi.

Hanisch twierdzi jednak, że dyskutowane problemy osobiste szybko okazały sie problemami politycznymi – czyli opierającymi się na relacjach władzy. Nie było dla nich indywidualnych rozwiązań w tamtym czasie. Jedynym wyjściem były zorganizowane działania grupowe na wyższym poziomie.

Dodatkową zaletą spotkań było też zmniejszenie poczucia porażki indywidualnych kobiet – świadomość, że pewne negatywne doświadczenia są wspólne dla większości kobiet, pozwoliła zmniejszyć poczucie całkowitej odpowiedzialności za własną sytuację, dodając pewności siebie i odwagi.

Od publikacji artykułu w 1969 roku, hasło utworzone podczas intymnych spotkań kobiet walczących o swoje prawa, rozniosło się po całym świecie. Prawie 50 lat później, to, że mogę bez makijażu pójść do pracy, do sklepu, na ulicę, zawdzięczam kobietom takim Hanisch. Dzięki nim, mogę prychnąć na tupet Tomasza 28 bruneta – i tego też życzę kobietom mu bliskim.