W poniedziałek rano autobus miejski rusza z zajezdni na ulice Paterson. Prowadzi go młody mężczyzna. Świeci słońce, pojazd wypełnia się ludźmi i sunie powoli od przystanku do przystanku. Pasażerowie rozmawiają, kierowca się przysłuchuje. Klasyczna introdukcja kina akcji – cisza przed burzą. Mamy wrażenie, że jest zbyt spokojnie, by nie miał jej naruszyć jakiś poważny incydent: bomba w pojeździe, broń w rękach pasażera czy atak ciężarówki – transformersa. Ale jesteśmy u Jima Jarmuscha. Pojawi się broń, ale później i raczej po to, by wystrzelić nam w twarz, bo nasze oczekiwania idą właśnie do piachu. Jarmusch może wiele.

Ma status gwiazdy i mimo, że ograniczają go kwestie budżetowe, to nikt nie zabroni mu realizacji najmniej “filmowego” pomysłu. Reżyser posiada swoją publiczność, którą sobie wychował i która ceni sobie jego niezależność.

Jak wyglądały jego ostatnie dokonania? Oniryczny thriller o płatnym mordercy, romantyczny film o wampirach, dokument o Iggym Popie. Każdy z nich był i jednocześnie nie był jarmuschowski. Najistotniejsza składnik jednak pozostał niezmieniony: spokojna rejestracja zdarzeń.

paterson 6

Teraz Jarmusch podgląda Patersona w Paterson, bo tak się składa, że bohater i jego rodzinne miasto nazywają się tak samo. Mężczyzna pisze wiersze. Ma dziewczynę i psa. Jest wycofany i pozornie apatyczny, ale tworzy żarliwie, regularnie i z wewnętrznej potrzeby. Jego miasto jest stężałe w leniwym bezczasie, zielone i wypełnione nienapastliwą architekturą. Przyjemnie analogowe. To świat wprost stworzony do tego, by się nie spieszyć. Dziewczyna Patersona stanowi wulkan energii z obsesją na punkcie czarno-białych wzorów, marzy o karierze piosenkarki country, a póki co piecze babeczki.“Paterson” relacjonuje nam tydzień z życia bohatera.

Oglądamy rutynowe czynności: poranna pobudka obok dziewczyny, spacer do zajezdni, pisanie w notatniku przed ruszeniem na miasto, godziny za kółkiem, notowanie po pracy na ławce czy wieczorna wizyta w barze. Niczym mantra powracają tu pewne sceny czy postaci – niekiedy tylko poddane lekkiej rekonfiguracji. Rytm zdarzeń jest powolny. Ich przebieg – mniej więcej do przewidzenia. A jednak “dzieje się”. Dzieje się zarówno wtedy, kiedy jest przewidywalnie, jak i wtedy, kiedy w tkankę zdarzeń wbija się coś nieoczekiwanego. W świecie Paterson/Patersona awaria elektryki w autobusie osiąga rangę wybuchu wulkanu i każe wstrzymać oddech.

Ale “Paterson” to nie tylko portret mężczyzny zrośniętego ze swoim otoczeniem. Bohater jest także zrośnięty z poezją. Nie tylko jako jej twórca i odbiorca, ale i – w pewnym sensie – nieustanny uczestnik. Bo poezja w “Patersonie” zdaje się – dyskretnie lub mniej-  unosić w powietrzu. Młody twórca patrzy uważnie i wyłuskuje ją. W tym sensie Jarmusch powtarza za Stachurą: ”Wszystko jest poezją”. Wiersze Patersona zostały “pożyczone” od realnie istniejącego twórcy, Rona Padgetta; dwa napisał też sam reżyser. Są osobiste, intymne, kameralne. Bez fajerwerków formalnych, ale o dużej mocy oddziaływania. W filmie sprawdzają się bardzo dobrze.

Paterson 3Paterson 4

Jarmusch zaryzykował. Próbując sfilmować poezję, od której w “Patersonie” aż buzuje, mógł spaść z wysokiego konia. Mogły się pod nim otworzyć otchłanie plastiku, zamieszkałe od dawna przez pana Coelho, Grocholę; mogła mu przygrywać orkiestra pod batutą mistrza Rubika. Jarmusch jest twórcą zbyt świadomym, by zaplątać się w te kręgi piekielne. Zgrabnie unika mielizn, choć chwilami zdaje się, że się o nie ociera.

Jeśli macie alergię na dziwne zbiegi okoliczności, zdarzenia – znaki, powracające motywy czy wydarzenia rozpierane od spodu tajemniczym materiałem znaczeniowym, uważajcie na “Patesona”. Na szczęście Jarmusch nie szarżuje i film nie robi się niesmaczny.  Pytanie, czy metafizyka jest jednym z bohaterów obrazu, pozostaje otwarte, przy czym ta otwartość, brak kropki nad “i” jest cechą charakterystyczną reżysera i świadczy o zdrowym umiarkowaniu.

Za to z pewnością nie znajdziecie tu ulubionych chwytów Hollywood, bez których nie obejdzie się większość filmów o twórcach. Żadnych scen demolowania hotelu, rozbijania luster, wrzeszczenia na partnera, nadwyrężania śluzówki nosa, detoksów, biadolenia w deszczu nad swoim losem czy kulenia się pod prysznicem po ujrzeniu w sobie potwora.

Poza tym obraz trzyma w ryzach Adam Driver, przekonujący i budzący sympatię jako facet, który nie oślepł na świat dookoła niego, mimo że światem tym jest zapyziała dziura. Kreacja Drivera to coś jakby broń z tłumikiem – cicha, ale wbija się w głowę.

paterson 1

 

PATERSON_D27_0096.ARW

Historia jest – jak zwykle u twórcy “Nocy na ziemi” – odpowiednio slow. Reżyser lubi, kiedy jest wolno i prosto. Jego film rzuca spory urok. Zawłaszcza naszą percepcję delikatnie, nie jest fabularnie czy estetycznie przeładowany. Tyle że…pojawiają się niejednoznaczności. Nie ma tu egzaltowanej gloryfikacji slow-świata. Pewne zgrzyty, nieczystości sprawiają, że sen o sielskiej prowincji nie zamienią się w chorały afirmacji. Podobnie Paterson – nie zawsze jest tak zdystansowany i spokojny. I nie wszyscy mieszkańcy Paterson przypominają poczciwych, spokojnych amerykanów, z którymi masz ochotę napić się piwa.

Reżyser z operatorem zabierają nas na wycieczkę, w której towarzyszy nam sporo słońca i przyjemny bezczas. Momentami chciałoby się skoczyć na główkę w tę jasną rzeczywistość. Gdybym miał wskazać, o czym właściwie jest ten leniwie płynący film, powiedziałbym, że o umiejętności patrzenia. Jednak pisząc o takim kinie, ciężko osiągnąć jego lekkość i łatwo popaść w banał. Dlatego po prostu polecam “Patersona”. Widziałem wszystkie filmy Jarmuscha, ale nie jestem ich miłośnikiem. Przeważnie wzbudzają moją obojętność. Nie jestem też fanem poezji. Często mnie drażni. A recenzję “Patersona” pisałem parę razy. Bo to niezły kawałek kina i grzechem byłoby go potraktować niesprawiedliwie.