Siedzę na schodach za murami Cafe Oto w chłodny wieczór na Dalston, jednej z moich ulubionych dzielnic Londynu. Uporczywie walczę z wiatrem, zdmuchującym świeczki z urodzinowej pizzy dla Marii, która ciast nie lubi – może z wyjątkiem szarlotki. Cała niespodzianka przebiega prawie według planu, pomijając drobne potknięcia. I nie używam tutaj przenośni niestety, gdyż siedziałam na schodach i mam szczególny talent do wypadków.

Untitled

Maria, urodzona w Londynie harfistka z powołania, lat 22. Łączy nas dziwaczne poczucie humoru, John Martyn, kolor niebieski i życie w odrealnieniu. Jakiś czas temu rozmawiałyśmy o marzeniach.

Zapytałam ją, czy zna piosenkę „I’m a dreamer.” Nie znała. Odpowiednie pytanie, odpowiedni czas i miejsce. Dzień później okazało się, że Josephine Foster, autorka wspomnianej piosenki, zagra dwa koncerty w Londynie, a ja nie muszę już dłużej zastanawiać się, co podarować Marii na urodziny. Miałam sporo szczęścia, zdobywając bilety. Foster nie jest łatwo dostępną artystką i najczęściej chowa się w lasach Colorado lub gdzieś w zakątkach Hiszpanii.

Nie mogę przypomnieć sobie pierwszego kontaktu z muzyką Jospehine Foster, ale pamiętam, że przeniosłam się w miejscu i w czasie o jakieś sto lat do czasów Tin Pan Alley.

Ale co ciekawe, nie potrafiłam znaleźć odniesień do żadnego innego artysty, zaintrygowana zaczęłam szukać i słuchać.

Muzyka Foster jest magiczną miksturą marzycielskiej melancholii. Powroty do przeszłości, przeżywanie miłości, upływający czas i my w tym wszystkim jacyś zagubieni.

Ale nie na długo, gdyż jest też nadzieja i radość w uśmiechu i niebieskim niebie. Tak po prostu.

Josephine Foster nie jest skomplikowana, ale nie jest też banalna. A taką formę przekazu lubię najbardziej. Ponieważ prostota jest mistrzostwem samym w sobie. Foster jest poetką i śpiewaczką pełną płynnych improwizacji, melorecytacji, klasycznych ornamentów prostych form muzycznych zaczerpniętych z początków amerykańskiego folku i bluesa. I tkwi w tym prawdziwy urok i autentyczność.

Jest w jej głosie nieprzeciętny rodzaj ciepła i szczerości, burzący dystans artysta-słuchacz, a także – jak przekonałam się podczas koncertu – słuchacz-słuchacz.

Josephine Foster wydała kilka albumów z czego „Little Live” i „I’m a Dreamer” wydają się najbardziej warte uwagi. Choćby dlatego, że dzieli je dekada artystycznych poszukiwań i doświadczeń tej artystki.

Little life

Josephine Foster część swojego życia spędziła ucząc dzieci muzyki. I ten album dedykowany jest właśnie najmłodszym słuchaczom. Choć radości z słuchania doświadczają wszyscy.

Foster była silnie zainspirowana twórczością Elly Jenkis, znaną autorką piosenek dla dzieci. Dlatego też sięga po ukulele. Choć utwory są tak proste, że można nauczyć się ich od razu, to jednak odrywają od rzeczywistości. Choć myślę sobie, że tylko ją odpowiednią opisują. I ponownie zwracają uwagę na szczegóły, których z jakiś powodów, my dorośli, nie zauważamy, „a słońce wstaje co dzień szczęśliwe.”

Jest tak jak wtedy, kiedy czyta się baśń albo słucha bajki. Posłuchajcie i bądźcie tam, gdzie chcecie być. Wszyscy jesteśmy marzycielami, niestety czasem nam trochę przechodzi – nie wiem, dlaczego. Ja na pewno mogę powiedzieć:

I’m a dreamer

Ponad dziesięć lat później Josephine Foster nagrywa niezwykle dojrzały kobiecy i poetycki album. Co ciekawe, nadal chowa się w nim duch dziecięcej radości i ciekawości. I to jest w nim najpiękniejsze. Ta sama szczerość w tym samy głosie.

Josephine Foster osiąga apogeum nastroju, do perfekcji opanowuje zdolność snucia historii, odważnie poszukuje celu. Świat szczery, prosty, nieskomplikowany i pełen uczuć. A wszystko w muzycznie minimalistycznej i akustycznej oprawie.

Całą atmosferę dopełniają piękne aranżacje z udziałem kontrabasu, pianina i mandoliny utalentowanego Victora Herreo, prywatnie męża artystki. Talent i ekspresja tego hiszpańskiego muzyka harmonijnie komponują się z prostotą i delikatnością Josephine Foster.

Miałyśmy możliwość zobaczyć jego solowy występ tuż przed głównym koncertem. Doświadczenie to zintensyfikował brak świateł, czterdzieści minut perfekcyjnie potęgowanych emocji, bez najmniejszej przerwy!

Maria była tak zainspirowana, że po koncercie grała bez przerwy sześć godzin, a ja nie mogłam spać, jakoś bardziej świadoma życia. I chyba za to cenię Jospehine Foster najbardziej. Za tę szczerość, prostotę, radość i świadomość nas samych.

Gramofon wrócił z naprawy. Trzeszczy, ale jakby piękniej. Pada deszcz, a słucham Josephine Foster i co robię? Marzę, bo trzeba.