Islandia

Nie ma chyba na świecie człowieka, którego nie intrygowałoby magiczne miejsce jakim jest Islandia. Co trzeba zrobić, jeśli odwiedzi się tę wyspę?

Kraj ognia i lodu, gdzie ludzie mocno wierzą w istnienie elfów, a zorza polarna szaleje na niebie przez sporą część roku. Prawdopodobnie każdy potrafi wymienić atrakcje Islandii, które przyciągają rzesze turystów – wrak samolotu US Navy, Góry Landmannalaugar, fiordy zachodnie czy Złoty Krąg. Choć wszystkie te miejsca są jak najbardziej warte uwagi, na charakterystyczną atmosferę panującą na wyspie nie składa się wyłącznie piękno natury. Są rzeczy, których moim zdaniem każdy odwiedzający Islandię powinien doświadczyć, by chociaż trochę poczuć ten prawdziwie surowy klimat i spróbować islandzkiego życia.

1.

Jak wiadomo, Islandia to mocno górzysty kraj. Nie mówię bynajmniej tylko o pasmach górskich. Podczas przemierzania wyspy samochodem rzecz, która mocno rzuciła mi się w oczy to błyskawicznie zmieniający się za oknem krajobraz. Czasami po kilkunastu kilometrach jazdy po płaskiej jak tafla szkła równinie wyrasta znikąd samotna góra lub skała. Nie zawsze szczególnie duża; czasem wprost idealna, by zatrzymać się na godzinę na szybki trekking w ramach odpoczynku. W takiej sytuacji grzechem jest nie skorzystać; być na Islandii i nie zdobyć żadnej góry to jak zjeść kolację wigilijną bez barszczu.

Co trzeba zrobić na Islandii droga przy fiordzie

2.

A skoro już o jedzeniu mowa – czy da się podróżować bez smakowania? Chyba każdy, najmniejszy nawet kraj może pochwalić się jakimś narodowym przysmakiem. Islandia słynie z niezbyt smakowicie brzmiących potraw: jedne z bardziej znanych to tradycyjna zupa z owcy oraz…zgniły rekin. Na szczęście oba dania smakują o wiele lepiej niż by się mogło wydawać. Zupa z owcy przypomina trochę polski rosół, tyle, że pływa w niej więcej warzyw (w tym np. kapusta) i mięso z owcy. Jest ono charakterystyczne w smaku, jednak na tyle zjadliwe, że każdy powinien chociaż spróbować. Ze zgniłym rekinem jest trochę więcej zamieszania – nie każdego bowiem zachęci fakt, że mięso najpierw leżakuje przez kilka tygodni w drewnianych skrzyniach zakopanych pod ziemią, a następnie podgnite płaty suszy się na wolnym powietrzu przez kolejne miesiące. Śmierdzi niesamowicie. A smakuje… ciekawie. Odważnych zdecydowanie zachęcam!

zupa z owcy

owca

3.

Jednym z moich małych marzeń podczas pobytu na Islandii było odwiedzenie jakiegoś z tamtejszych barów. Szczęśliwie złożyło się, że halloweenową noc mieliśmy spędzić w Reykjaviku, co okazało się świetną okazją do zrealizowania planu. Fakt faktem – trzeba się było trochę nachodzić, naszukać i popytać miejscowych, ale ostatecznie trafiliśmy do sympatycznego pubu. Wprawdzie marzyła mi się typowa mordownia, jednak bar, który spotkaliśmy na swojej drodze obronił się przyjemnym, surowo-drewnianym klimatem, a cena piwa nie powaliła boleśnie. No i przede wszystkim – mieliśmy okazję zobaczyć jak Islandczycy spędzają czas wolny.

czarna plaża lodowiec

4.

Muszę przyznać, że mimo wszystko te „oklepane” atrakcje Islandii również znalazły się na mojej liście must see. Nie odżałowałabym, gdybym nie dała sobie możliwości zobaczenia z bliska tego, czego na wyspie nie brakuje: wulkanów, gejzerów czy lodowca albo gdybym odpuściła okazję zamoczenia stóp w gorącym źródle przy ujemnej temperaturze powietrza. W moim osobistym odczuciu Islandia jest miejscem, gdzie skumulowały się wszystkie najpiękniejsze zjawiska przyrodnicze występujące na Ziemi. Szkoda nie przekonać się o tym na własnej skórze i nie spróbować dotknąć ich wszystkich.

widok z góry na lodowiec

5.

Oprócz gorących źródeł, które znajdują się niemal wszędzie, Islandia słynie również z licznych basenów geotermalnych. Bilety wstępu przeważnie kosztują około dziesięciu złotych; wydaje mi się, że warto zainwestować w tę rozrywkę z kilku powodów. Pierwszy z nich to fakt, że baseny prawie zawsze są na dworze – nieważne czy świeci słońce czy pada deszcz, wszystko jedno czy jest ciepło czy też temperatura powietrza oscyluje wokół zera. Woda jest zawsze zachęcająco gorąca i przyjemna, a wybór przeważnie szeroki: można szaleć na zjeżdżalni bądź moczyć się leniwie we wrzącym jacuzzi. Islandczycy wyjście na basen traktują jako pełnowartościową czynność towarzyską – spotykają się w wodzie i dyskutują na wszelkie tematy. Co ciekawe, nie zawsze znają się wcześniej, więc obcokrajowiec-turysta jest w stanie łatwo włączyć się w rozmowę i poczuć jak ryba (dosłownie!) w wodzie – wystarczy grzecznie się przywitać, a Islandczycy zadbają, by każdy poczuł się w ich towarzystwie dobrze.

Na basenie trzeba mieć również poprawkę na jedną ważną rzecz – panuje tam zakaz brania prysznica w stroju kąpielowym. Taki prysznic często nie ma wydzielonych zasłonkami kabin, co jest równoznaczne z tym, że paraduje się tam nago. Co lepsze – nikt zupełnie się tym nie przejmuje ani nie wstydzi swojego ciała. Islandczycy wychodzą z założenia, że człowiek jest naturalnie piękny i nikt nie mierzy się oceniającymi spojrzeniami. Chudzi, grubi, starzy, młodzi: każdy ma prawo czuć się dobrze w swoim ciele.

gejzer eodospad Gullfoss

6.

Gdy pod koniec islandzkiej podróży zostanie Wam jeszcze trochę zaskórniaków, warto wybrać się na pchli targ Kolaportið w Reykjaviku. Organizowany w weekendy, swoją różnorodnością przyciąga nie tylko turystów, ale także miejscowych. Po wejściu na halę przez moment miałam wrażenie, że cofnęłam się w czasie o kilkadziesiąt lat. Wszędobylskie stragany oferują wszystko, co tylko można sobie wyobrazić – od mebli i antyków przez wszelkiego rodzaju figurki i pozytywki, ubrania, literaturę w różnych językach i różnorodne jedzenie. Nie może oczywiście zabraknąć tradycyjnych wełnianych swetrów, a dla melomanów Kolaportið szybko stanie się ulubionym miejscem ze względu na pokaźne kolekcje płyt winylowych (i nie tylko). Całości towarzyszy gwar, wachlarz zapachów i radosne pokrzykiwanie sprzedawców. Pchli targ to z pewnością obowiązkowe miejsce dla każdego, kto chce poczuć prawdziwy klimat Reykjaviku sprzed lat.