Niektórzy rodzą się z przekonaniem, że będą w dorosłym życiu prawnikami, fryzjerami czy restauratorami. Inni idą na studia medyczne, bo to rodzinna tradycja. Niektórzy odnajdują się w pracy, która początkowo miała być tylko na chwilę. Innym razem nic nie jest oczywiste i chociaż nie wiem, jakbyśmy się starali, to przyszłość widzimy jak przez mgłę.

Osiedlowa piaskownica to prawdziwy teatr, w którym swoje pierwsze role zaczynają odgrywać mali wykonawcy. Staś w czerwonej czapeczce z daszkiem buduje olbrzymią wieżę tylko po to, by zaraz ją zburzyć i udawać, że ratuje wymyślonych mieszkańców z płonącego budynku. Wyobraża sobie, że jest strażakiem jak jego tata. Do zabawy przyłącza się Maja – jak przystało na przyszłą aktorkę, wciela się w rolę ratowanej ofiary i z prawdziwym wdziękiem ląduje z rozłożonymi ramionami na ciepłym piasku. Po chwili podbiega do niej Laura i zaczyna ją cucić wyimaginowaną wodą. Będzie lekarzem – myśli siedząca na ławce obok babcia Jadzia i pęka z dumy. Oprócz babci Jadzi całemu spektaklowi przyglądają się inni opiekunowie i w całym widowisku poszukują symptomów talentu swoich pociech.

shutterstock_145840742

Przenieśmy się do dalekiej przeszłości. Czerwcowe słońce mocno grzeje, w powietrzu unosi się zapach świeżo skoszonej trawy i wakacji, które niebawem mają nadejść.  Chłopcy grają na szkolnym boisku, a ja siedzę z koleżankami na trybunach i kibicuję „tym fajniejszym”. Pod nogami plączą nam się plecaki z jednym zeszytem, bo i tak lekcje się nie odbędą. Na trybunie obok siedzi Tomek. Zamiast grać z resztą w piłkę, przegląda Atlas zwierząt i opowiada wąskiemu gronu właśnie przeczytane ciekawostki. Zupełnie niewzruszony szkolnymi sensacjami przewraca z wypiekami na twarzy kartki książki. Pewnie dowiedział się czegoś na temat życia pszczół lub hibernacji niedźwiedzi.

Kilka lat później spotykam przypadkowo Tomka na grillu u znajomych. Już nie jesteśmy dziećmi, zaczął się okres dojrzewania, tworzą się pierwsze pary. Po kilku głębszych zaczynają się błahe tematy i głupie żarciki przecinane przez chichot dziewczyn szepczących sobie coś do ucha. Z oddali słyszę, jak Tomek z właściwym sobie znawstwem tłumaczy komuś, że te drzewa za nami to nie graby, a buki pospolite. Pomyślałam sobie wtedy, że jest z niego prawdziwy szczęściarz. Pasja przyszła do niego w sposób naturalny i niewymuszony.

Szybko wyrastamy z wieku, kiedy mówimy: „takie będzie moje życie”, a zaczynamy powtarzać: „takie życie” – powiedział bohater filmu, w którego wcielił się uwielbiany przeze mnie Sean Penn. Kiedy kończy się szkołę, zaczyna się pracować na własny rachunek i trzeba powoli wziąć się za swoje dorosłe życie, człowiek analizuje swoje założenia z tym, co udało mu się osiągnąć. Niektórzy nie czują potrzeby rozwijania własnych zainteresowań, bo są skupieni na tym, co tu i teraz, a samo słowo „pasja” postrzegają przez pryzmat wymuskanych trenerów od czegośtam.  Bywa tak, że dotychczasowe plany odkładamy na bok i angażujemy się w coś z czysto ekonomicznego punktu widzenia. Szkolne wyobrażenia i plany bezlitośnie zostają skonfrontowane z panującą na rynku pracy rzeczywistością. Odkładamy na później coś ważnego dla nas samych, bo przygniata nas codzienność. Zapominamy o spektaklach w piasku, bo przecież mało kogo stać na bycie anarchistą. „Rzuć wszystko i jedź w Bieszczady!” – głosi popularne hasło. Odwieszamy więc do szafy korporacyjne mundurki i poszukujemy weekendowej namiastki wolności. Osobiście jestem zwolenniczą wszystkiego, co pozwala na nabranie dystansu do codzienności. Jeśli przejechane kilometry i odmienna sceneria sprawiają, że stajemy się bardziej wrażliwi na bodźce z otoczenia, chłonni i skłonni do wymyślania nowych planów, to trzeba pakować walizki tak często, jak się da. Inspiracja jednak może nas również znaleźć w zakurzonej bibliotece, przypadkowo zasłyszanej rozmowie obcych ludzi, w parku, przez który przechodzimy codziennie, wracając z pracy lub dawno nie słyszanej piosence.

Moja wyobraźnia jest już nieco skażona przez telewizyjne seriale, więc kiedy pomyślę o Tomku, wyobrażam go sobie jako leśniczego w koszuli kratę, z gęstą brodą, otoczonego przez pachnące igliwiem sosny. Może jest weterynarzem niosącym pomoc zwierzętom, które tego najbardziej potrzebują. A może jest zakręconym na punkcie własnego przedmiotu wykładowcą biologii. Jeśli jednak jest zupełnie odwrotnie i został księgowym w znanej firmie lub kucharzem w małej knajpce na przedmieściach, to mam tylko nadzieję, że wciąż ma w oczach tę samą dziecięcą pasję, jak kilka lat wcześniej na szkolnym boisku.